Podróże

Przylot do Tokio: pierwsza noc w mieście przy wtórze cykad

5 min czytania autor: JKS

Ponad dwanaście godzin w powietrzu, zdrętwiałe nogi i jedno pytanie w głowie: jaka naprawdę jest Japonia? Odpowiedź przyszła szybciej, niż się spodziewaliśmy. Nasze pierwsze wrażenia z Tokio to rozbrajająca uprzejmość, miasto piętrzące się jak pasmo górskie i nocny koncert, który rozbrzmiał na powitanie. Tak zaczęła się nasza podróż.

Lotnisko Narita: zmęczenie, odprawa i uprzejmość

Nastawialiśmy się na kolejki, zmęczenie i nerwowe szukanie właściwego okienka. Zastaliśmy coś zupełnie innego. Odprawa na lotnisku Narita była jak dobrze naoliwiony mechanizm, w którym każdy element ma swoje miejsce i działa z ogromną precyzją. Jedna osoba kierowała ruchem podróżnych, druga pobierała odciski palców, trzecia sprawdzała dokumenty – każda z pełnym zaangażowaniem, spokojnie i z uśmiechem (potem mieliśmy się dowiedzieć, że pojedyncza funkcja i całe zastępy ludzi od jednej czynności to norma, ale nie uprzedzajmy faktów). Nikt nie okazał nawet cienia zniecierpliwienia, choć byliśmy typowymi, nieco zagubionymi gaijinami.

Wtedy po raz pierwszy poczuliśmy, że słynna japońska uprzejmość nie jest mitem z przewodników. To zwykła codzienność.

Mario zamiast pocztówek

Na pierwszy rzut oka lotnisko niczym nie różniło się od innych portów lotniczych na świecie. Wystarczyło jednak podnieść wzrok. Obok powitań w wielu językach i zdjęć lokalnych krajobrazów ze ścian uśmiechali się do nas Mario i księżniczka Peach. Drobny szczegół, a mówił więcej niż niejeden baner: witajcie w kraju, który popkulturę traktuje z taką samą dumą jak tradycję.

Wielu podróżnych przyjeżdża do Japonii w oczekiwaniu na „dziwność” czyhającą na każdym kroku. Nas uderzyło coś zupełnie przeciwnego – zaskakująca harmonia. Jakby wszystko, nawet to, co egzotyczne, miało tu z góry wyznaczone miejsce.

Widok na nowoczesne budynki i ulicę w mieście, z zazielenionymi drzewami i chmurami na niebie.

Nocny koncert na powitanie: pierwsi nie-ludzcy mieszkańcy Japonii

Prawdziwa Japonia ukazała nam się dopiero po zmroku. Wsiedliśmy do przestronnej taksówki ze słynnymi samozamykającymi się drzwiami (przynajmniej pasażerom nie grozi dodatkowa opłata za tzw. trzaśnięcie), otuleni ciepłym, wilgotnym powietrzem, i jak zahipnotyzowani wpatrywaliśmy się w światła wyłaniające się z ciemności.

Tuż za terenem lotniska przez uchyloną szybę wpadł do środka dźwięk, który znaliśmy doskonale, choć nigdy wcześniej nie słyszeliśmy go na żywo. Ten sam, który w anime zapowiada lato, wakacje i początek czegoś ważnego. Bardzo późne cykady powoli witające jesień, jedyne, jakie słyszeliśmy przez cały pobyt, były nie lada zaskoczeniem, gdyż nie spodziewaliśmy się tak późnego śpiewu. To głosy, które Japończycy od wieków celebrują jako mushi-kiki. Był przecież sam koniec września. Wtedy nie miało to jednak znaczenia. Po dwunastu godzinach lotu brzmiało jak symfonia zagrana specjalnie dla nas.

Gałąź drzewa z teksturą kory i przyczepioną cykadą.

Tokio nocą z okna taksówki: miasto jak pasmo górskie

Z każdym kilometrem docierało do nas coraz wyraźniej: jesteśmy w Japonii. Naprawdę.

Bloki z otwartymi galeriami, na które wychodziły drzwi mieszkań, sąsiadowały z maleńkimi domkami przytulonymi do ich ścian. Ciągnące się wzdłuż autostrady osiedla i hotele stopniowo ustępowały miejsca coraz wyższym budowlom, aż w końcu wjechaliśmy w labirynt wielopoziomowych ulic, wyrastających jedna z drugiej w niesamowitym, a zarazem uporządkowanym chaosie.

Stare budynki mieszkalne przylegały do lśniących biurowców. Wiadukty rozwidlały się na kilku poziomach, ponad torami kolejowymi i tuż nad wodą. Zza szpaleru wieżowców raz po raz wyłaniały się ukryte panoramy. Nocą Tokio nie przypominało miasta, lecz pasmo górskie ze szkła i betonu – z własnymi szczytami, przełęczami i dolinami. Czuliśmy się, jakbyśmy wjechali w kadr z „Ghost in the Shell” albo do cyberpunkowego Night City. Z tą różnicą, że tysiące świateł na tle czarnego nieba były tu jak najbardziej prawdziwe.

Widok na wąską uliczkę w mieście, z rynkiem wodnym pośrodku, otoczoną nowoczesnymi budynkami i wystawami sklepów.

Hotel w Shibuyi: mały pokój, wielka gościnność

Nasz hotel, należący do popularnej japońskiej sieci, mieścił się w Shibuyi – najbardziej rozrywkowej dzielnicy Tokio. Ulice wciąż tętniły życiem: jedni wracali ze stacji metra, inni dopiero zmierzali do knajpek typu izakaya, w których Japończycy jedzą, piją i spotykają się po pracy, czasami obowiązkowo. Taki przybytek od dawna figurował na naszej liście. Tego wieczoru mogliśmy jednak tylko popatrzeć i obiecać sobie: jutro.

Drzwi taksówki, których nie wolno dotykać

Około 21:00 taksówka zatrzymała się przed hotelem. Już sięgaliśmy do drzwi, gdy w ostatniej chwili przypomniała nam się jedna z zasad japońskiego savoir-vivre’u: pasażer nie otwiera ani nie zamyka drzwi taksówki. Robi to kierowca, za pomocą specjalnej dźwigni przy swoim fotelu. Z bardzo profesjonalnym młodym szoferem pożegnaliśmy się serią ukłonów i coraz to wylewniejszych podziękowań.

W recepcji powtórzyło się to samo: spokój, cierpliwość i życzliwość wobec dwójki pomiętych po podróży cudzoziemców, którzy z pewnością nie prezentowali się najświeżej. Formalności zajęły dosłownie chwilę.

Washlet, yukata i pralnia na piętrze

Pokój był maleńki, ale szybko się okazało, że każdy centymetr ma tu swoje przeznaczenie. Łóżko, telewizor, biurko z lustrem i krzesło – wszystko, czego potrzeba, bez odrobiny zmarnowanej przestrzeni.

W łazience czekał obowiązkowy washlet, czyli inteligentna deska sedesowa z funkcją bidetu i panelem sterowania. Papier toaletowy oczywiście też był, tak jak w każdej japońskiej toalecie – kolejny mit obalony. Do tego mydło, szampon, odżywka, szczoteczki i pasta do zębów, a nawet spinki do włosów. Na jednym z pięter działała pralnia, do której można było zejść w hotelowych kapciach i yukacie, czyli lekkim bawełnianym „kimonie”.

Rozpakowani i odświeżeni, wciąż buzujący emocjami, usiedliśmy nad planem pierwszego dnia, w duchu dziękując za zbawienną klimatyzację. Za oknem Shibuya ani myślała zasypiać. My zresztą też nie bardzo mogliśmy.

Widok na wąską uliczkę z schodami nocą, oświetloną neonowymi znakami i roślinami w tle.

Dodaj komentarz